Za waterfalla było lepiej

Coraz głośniej mówi się o złotej erze dla pracowników IT w Polsce. Przybywa firm, w tym zagranicznych, otwierających u nas swoje oddziały, czemu sprzyja coraz większa ilość wysokiej klasy powierzchni biurowych, niezła estyma jaką cieszą się nasi branżowi fachowcy, a w końcu, a może przede wszystkim wciąż – przynajmniej jeśli chodzi o zachodnie standardy – niewygórowane koszty wypłat. Dzieje się.

W efekcie specjaliści IT mają czas żniw, każdy zdolny deweloper jest na miarę złota, a pracodawcy prześcigają się w przyciąganiu ich do siebie. Robią to między innymi organizując dni otwarte z coraz bardziej wymyślnymi wabikami w charakterze atrakcji. I dziwią się, bo z reguły trafia na nie cała masa żółtodziobów, którzy przyszli zobaczyć o co tu chodzi, bo słyszeli, że w tej branży dobrze płacą.

Jest zatem z czego się cieszyć. Zwłaszcza, że jedną z konsekwencji tego wszystkiego jest coraz większa popularność agile’a. A w zasadzie – Scruma. Praktycznie każdy chce tak pracować. Pal licho o powody, choć te doprawdy bywają zatrważające. Całkiem niedawno byłem na pewnej konferencji, gdzie swe prelekcje – niemalże równolegle – miało dwóch panów z tego samego, dużego banku – Agile Coach oraz osoba z menedżmentu. Trafiłem na prezentację tego drugiego, która odbywała się w dość kameralnych warunkach. Wyluzowanemu prowadzącemu na pytanie o powody wdrożenia agile’a w organizacji, wymsknęło się, że takie były naciski z góry, bo wszyscy wkoło w branży już to mają. Że nie wypadało pracować już inaczej, bo byłoby to słabe wizerunkowo, co konkurencja mogłaby wykorzystać.

O Scrumie jest coraz głośniej. Powoli zaczyna przebijać się do mediów. Za chwilę pewnie doczekamy występów kogoś z “naszych” w programach śniadaniowych czy w tygodnikach opinii. A może już gdzieś coś takiego miało miejsce i to przegapiłem?

Stało się. Dobro zwyciężyło. A jednak coś chyba poszło nie tak…

Wracając… Scrum… Każdy chce tak pracować, w związku z czym coraz więcej ogłoszeń pracy w zwinnej dziedzinie, z coraz bardziej pobudzającymi wyobraźnię widełkami zarobkowymi.  Tylko w ostatnim tygodniu byłem trzykrotnie zaczepiony w temacie: znajomy/znajoma/osoba z rodziny chce zostać Scrum Masterem, który certyfikat zdawać? Do tego wątku wrócę w osobnym wpisie.

Cieszą się na pewno nasze firmy szkoleniowe. Choć rynek w Polsce wcale nie jest tak duży, a konkurencja coraz większa, to perspektywy wydają się co najmniej niezłe.

Jednak tych naprawdę renomowanych agile’owych firm czy osobistości, znakomitości, nie mamy wcale w kraju tak wiele. W związku z tym, większość szkoleń prowadzą firmy dostępne na rynku od lat, które szybko dostosowały się do rynkowych realiów. W efekcie zbyt często Scruma uczą ludzie, którzy nigdy nie widzieli go w praktyce, albo zaledwie “liźnęli” w pojedynczych projektach czy w jednej organizacji. Robią to profesjonaliści, więc jest to oczywiście zrobione fachowo. Teoria przekazana, agile manifesto i przewodnik po Scrumie omówione. Ale co dalej? Jak przekuć to w praktykę? Jak górnolotne sformułowania mają się do firmowych realiów?

Czy powinniśmy się tym przejmować? Czy rynek zweryfikuje wszystko, zostawiając tylko tych najlepszych? Hmm, chyba tezy Miltona Friedmana zostały w ostatniej dekadzie dość mocno zweryfikowane w praktyce. I lepiej chyba trzymać się tych o złym pieniądzu, wygłaszanych wieki temu przez Kopernika

Dobrych Scrum Masterów i Agile Coachów na rynku wcale nie jest tak dużo. Brakuje ich jeszcze bardziej niż programistów czy testerów. A potrzeby są duże.

Firmy radzą sobie z tym różnie. Zatrudniając, próbują przesiać przez sito chociaż tych z certyfikatami. Przynajmniej zapewnią na jako takim poziomie wprowadzenie “scrumowej mechaniki”. Inna opcja, to przechrzczenie wybranych deweloperów, Project Managerów, analityków czy menedżerów – co najwyżej będzie tak samo, jak jest teraz, za to ładniej to nazwiemy.

Jak pisał klasyk:

Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie,

Ja z synowcem na czele i? – jakoś to będzie !

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Dlatego, że coraz bardziej niepokoi mnie miejsce, w którym znalazło się zwinne podejście do tworzenia oprogramowania. Też to widzicie, prawda? Coraz gorszy agile wprowadzony przez coraz gorszych Scrum Masterów czy samozwańczych coachów. I coraz więcej sfrustrowanych deweloperów, którzy na hasło Scrum, agile, zwinność, uciekają tam, gdzie pieprz rośnie.

Natrafiam ostatnio na liczne agile’owe artykuły, takie jak ten na portalu trojmiasto.pl, gdzie widzimy sporo jadowitych komentarzy, z których część warto przytoczyć:

    • To zadziwiające jak skutecznie charyzmatyczni kuglarze, rozprawiający o wszystkim i o niczym są w stanie wyciągać pieniądze od firm które chcą być „trendy”.
    • Wciskają to badziewie na każdym kroku i traktują jak rozwiązanie każdego problemu
    • Agile i tym podobne to świetny sposób dla nierobów i nieuków aby utrzymać się w korporacji z całkiem niezłą pensją.

Można wzruszyć ramionami. Ot, hejt i wszechwiedza, tak jak i we wszystkich innych tematach w polskim internecie. Ale to symptomatyczne. Słyszę to coraz częściej, tu i ówdzie. Coraz głośniej. W oficjalnych rozmowach ubrane w ładniejsze słowa, w mniej formalnych sytuacjach, zdecydowanie gorsze, bliższe temu co wyżej. Pisałem o tym co nieco już we wstępie do naszego samouczka. Mam jednak wrażenie, że zjawisko znacząco, coraz mocniej nabiera na sile. Coraz więcej dobrych, mądrych deweloperów narzeka na to, co się stało ze sposobem w jaki pracujemy. I wszelkie złe rzeczy utożsamia z agilem.

Agile przecież miał być dobry, a został wypaczony. Schwaber i Sutherland mieli rację, to inni ich nie zrozumieli. Panie, za waterfalla było lepiej. W tę stronę zmierzamy?

To wszystko nie jest tylko charakterystyczne dla naszego kraju. Bez problemu natrafić można na artykuły, spostrzeżenia sygnatariuszy manifestu programowania zwinnego, którzy z niepokojem obserwują to, co stało się z ich wizją. Najgłośniej chyba i najdobitniej wypowiedział się ostatnio Ron Jeffries w artykule o jakże przyciągającym tytule: Developers Should Abandon Agile. Warto przeczytać co pisze, jak smutne są jego obserwacje. Między innymi takie, że owszem, kropla drąży skałę i trzeba walczyć z kiepskim agile, edukować, tłumaczyć, wspierać. Ale to wszystko działa za wolno i nie ma szans się rozprzestrzenić do miejsc takich jak kopalnie kodu w Ohio. A zatem: przegrywamy.

W modelu kaskadowym było prościej. Każdy robił swoje i nikt nie wymagał niczego więcej, ba, czasami wyjście przed szereg było wręcz tępione. Programista miał programować wedle przedstawionego planu i listy zadań, tester testować, architekt dbać o kod, a Project Manager koordynować i pilnować. Koordynować i pilnować mając odpowiednio mocne prerogatywy.

Teraz wymagamy od deweloperów, żeby pracowali zespołowo, myśleli zespołowo, rozmawiali ze sobą i całą firmą, organizowali pracę swoją i kolegów, współtworzyli wymagania, sugerowali rozwiązania, pomagali w testowaniu. A do tego nieustannie dokonywali samooceny, ewaluowali proces, zespół, w pełni otwarcie rozmawiali o swoich problemach, przeszkodach.  Do tego ich praca przerywana jest licznymi spotkaniami.

Nie brzmi zachęcająco, prawda?

Żeby zrobić to dobrze, żeby to przyniosło efekty, takie, żeby docenili je wszyscy, potrzeba cierpliwości i mądrych ludzi, którzy wiedzą jak to poprowadzić, żeby tego nie spierniczyć, nie zniechęcić. Tymczasem nie brak agile’owców, których postawa przypomina tę stereotypowego, zblazowanego wuefisty, rzucającego piłkę na początku lekcji i mówiącego: grajcie, znacie zasady. Jak zapisano w pierwszej wersji Przewodnika po Scrumie: empiryczna natura Scruma z mechanizmem inspekcji i adaptacji, będzie Cię prowadzić. Powodzenia!

Sprawę celnie ujął Mike Cohn, fajnie odnosząc się paralelą do problemu tzw. “sztuki’ współczesnej.  Warto przeczytać jego znakomity, krótki tekst z dwoma ważnymi sformułowaniami:

  • Bez standardów doskonałości dla agile’a, każdy może nazwać cokolwiek agile
  • Wielu z nas, doświadczonych agile’owców, rozpozna czym jest prawdziwy agile. Jednak trudno jest go zdefiniować.

No właśnie. Trudno go zdefiniować, a  żeby ocenić czy jest dobry, czy zły, trzeba chwilę poobserwować. A nie każdy będzie umiał to zrobić,  nie każdy się nadaje. Jak rozpoznać tego, kto to potrafi i zweryfikuje czy to jest dobre. Kierowniczka sprzed lat, powiedziała mi kiedyś: Dobrze Ci ten Scrum wychodzi, bo widać, że tym oddychasz. Uwaga, Scrum unosi się w powietrzu! Zacznijmy mierzyć midichloriany.

A co Ty właściwie robisz? Wytłumaczenie roli, stanowiska Scrum Mastera dziadkom, to też temat na osobny artykuł. Będzie, obiecuję.

Tak, czy siak, to wszystko wyżej powoduje, że agile często odbierany jest jako stan umysłu, sekta, a wręcz szarlataneria czy prestidigitatorstwo. Sprzyja temu brak sztywnych, jednoznacznych reguł, brak zrozumienia o co tu chodzi. Ludzie coraz głośniej krzyczą: Hej, przecież cesarz jest nagi. I, do diaska, mają rację. Bo funkcjonują w fatalnym środowisku pracy, zmuszani do pustych bezsensownych ceremoniałów. A ktoś to wszystko nazywa: Scrum bądź agile.

Taka smutna prawda, że rola Scrum Mastera kojarzy się negatywnie już nie tylko z zawracającym od czasu do czasu nieistotnymi sprawami głowę rezerwatorem salek, ale z jakimś korposzczurem, bawiącym się w psycholożka, przytruwającego, zabierającego czas infantylnymi zabawami na retrospektywach.

Nie mamy wyjścia, musimy się z obecną sytuacją pogodzić. I jako środowisko z tym zmierzyć. Będzie pewnie coraz trudniej. Kiepskiego agile’a wokół będzie coraz więcej. Ba, to właśnie agile będzie tym złym. Nie będzie ludzi, którzy będą się cieszyli, że nie robią już w waterfallu. Będzie trudniej. Agile będzie uznawany za przyczynę nieudanych projektów oraz kojarzył się ze zmuszaniem programistów do idiotycznych zadań, odciągających ich od tego, co najważniejsze.

Nie możemy pozostać obojętnymi na zły agile. Może, jak pisał Jeffries, jesteśmy skazani na porażkę. Ale próbujmy, walczmy. Do pracy z zespołem, Product Ownerami, organizacją, dołóżmy walkę o dobre imię agile. Mamy doświadczenie z przebijaniem murów głową, prawda? Próbujmy, nie pozwólmy, żeby fantastyczna, imponująca praca dziesiątek, setek z nas, poszła na marne.

Na co dzień spotykamy dużo wartościowych, niezwykle inteligentnych ludzi, którzy zostali wrzuceni w obcy dla siebie agile’owy świat. I którzy spoglądają na niego z nieufnością, szarpią się, szamocą, Bo nie wiedzą. Bo próbują, ale słyszą, że nie tak jest w książce. Bo, nie mając wsparcia, zniechęcają się. Pomóżmy im.

Mamy nadzieję, że jako Młynarze dokładamy chociaż niewielką cegiełkę, do tego, żeby jednak się udało.